Dziecięca bożonarodzeniowa bajka o rękawiczkach

Dziewczynka idzie z mamą do sklepu i jest bardzo wesoła. Śnieg skrzypi pod bucikami i miasto dokoła świąteczne, przysypane jeszcze igliwiem, i w wielu okienkach iskrzą się kolorowe girlandy. Dziś – Boże Narodzenie i na pewno zdarzy się coś cudownego, niezwykłego!
W sklepie tak wesoło. Ludzi dużo, oni chodzą, oglądają lady, wychodzą ze sklepu z wielkimi torbami – święto! Mama nigdy nie kupuje dużo, ona sama piecze i gotuje, a dzieci obowiązkowo otrzymują w prezencie koszule, sukienki, paradne fartuszki – mama też szyje je sama. Czasem dziewczynce wydaje się, że mama – czarodziejka. Cały dzień zajmuje się z braciszkami i siostrzyczkami, a potem nagle, nie wiadomo skąd, pojawiają się prezenty i dziecięce bajki. Kiedy mama ma na to czas?
Dziewczynka wie, że w domu już nastawione ciasto i wieczorem będą pierogi, i słodko zapachnie na cały dom kompotem, i tatuś włoży białą koszulę, a mama – elegancką sukienkę. I wszyscy – wszyscy usiądą przy pięknym stole. Przy stole będzie ciasno, ale za to bardzo wesoło: mama, tata, ona, dziewczynka, trzech jej braciszków i jeszcze dwie siostrzyczki. Wszyscy otrzymają prezenty. Mama mówi, że w tym dniu za nic nie można się kłócić i obrażać się, dlatego, że to najweselsze i najbardziej rodzinne święto.
Dziewczynka bardzo kocha swoją mamę, ale teraz z jej powodu troszkę się krępuje. Wszystkie kobiety w sklepie ubrane są pięknie i świątecznie, u wszystkich futrzane kołnierze i błyszczące kozaczki, a na mamie – palto, które ona nosi tyle ile dziewczynka pamięta. I dziewczynka stara się odejść od mamy dalej, póki ta stoi przy ladzie i mówi do sprzedawczyni:
- Dwieście gram o tego poproszę… I troszeczkę tego… Nie-nie, mniej…
Dziewczynka odeszła daleko i okazała się w innym dziale. Tu nie było kiełbasy i chleba, za to leżały piękne rzeczy. Takie piękne, że dziewczynce dech zaparło: błyszczące sukieneczki, dżinsy ze lśniącymi ćwiekami.
Ale najbardziej dziewczynce podobały się rękawiczki. One były puszyste i miękkie Nawet z wyglądu, z wierzchu – piękne kwiatki i koraliki. Białe-białe rękawiczki. I tak nieodparcie nagle zechciało się je włożyć, że dziewczynka zapomniała o tym, że mama i tata zawsze mówią, że pieniędzy mało, nie wystarcza. Ona pobiegła po mamę i za rękę przyciągnęła ją do lady.
- Mamusiu, kup!
Mama popatrzyła i westchnęła.
- Maszeńka, to bardzo drogo. Ty przecież masz rękawiczki. A Sasza nie ma butów. I Nasti rajstopy trzeba kupić. I u taty całkiem znoszona kurtka.
Dziewczynka tupnęła nogą i nawet łzy się zakręciły – tak się rozzłościła.
- Wy nigdy nic nam nie kupujecie!
- No jakże… – zakłopotała się mama. – Przecież niedawno kupiłam tobie nowe farbki i kokardki, i…
- Nie to! – Tupała nogą dziewczynka. – Ja chcę piękne!
Mamie zadrżała twarz.
- Naradzimy się z tatą…
- Chcę!
One przyszły do domu – mama zdenerwowana, a dziewczynka bardzo rozgniewana, z czerwoną i opuchniętą twarzą. Mama cicho poszła do kuchni i zaczęła piec pierogi, a dziewczynka wcisnęła się pod wieszak i siedziała tam długo, złościła się, i nawet odepchnęła maleńkiego braciszka, który tylko co nauczył się chodzić. On upadł i zapłakał. Wyszedł z pokoju tata, który rozkładał ogromny stół – pomagał mamie. Przybiegła starsza siostra Nastia, która przygotowywała naczynia.
- Jak ci nie wstyd, Masza! On przecież malutki.
Wzięła braciszka na ręce i poniosła czytać mu dziecięce bajki. A tata poszukał pod wieszakiem i wyciągnął Maszę.
- Ty czego ryczysz? I dlaczego popchnęłaś Nikitę?
- On zawsze więcej dostaje! I zabawek, dziecięcych bajek, i wszystkiego!
- On przecież jest najmniejszy – powiedział tata.
- No i co! – krzyknęła dziewczynka tacie w twarz. – Dlaczego nas tak dużo? Dlatego my nic nie kupujemy!
Ona zobaczyła, że tatuś bardzo się zdenerwował, nawet wąsy się nastroszyły. Ale dla Maszki było już wszystko jedno.
- Masza-Masza – pokiwał głową tata. – Kiedy podrośniesz, zrozumiesz, że bracia i siostry – to bardzo wiele.
I on odszedł od Maszki i poszedł do mamy. I oni długo o czymś rozmawiali za zamkniętymi drzwiami kuchni. A potem tatuś dokądś wyszedł.
A potem przyszło święto. Mama i Nastia nosili z kuchni poczęstunek, tatuś otwierał kompoty, wszyscy stroili się i siadali do stołu. Ale Maszka była bardzo zła. Kiedy rozpakowywali prezenty, ona nawet nie chciała swego otwierać. Ale tatuś powiedział:
- Otwieraj, Maszka.
Maszka otworzyła i zamarła ze szczęścia. W pudełku były rękawiczki – te same! Z pięknymi kwiatkami, z koralikami. Maszka ostrożnie pogłaskała miękkie futerko, czas jakby się zatrzymał. I wszyscy czemuś milczeli, tylko malutki Nikita marudził, sięgając do pieroga. Maszka podniosła oczy i popatrzyła na tatę. Ale on na Maszkę nie patrzył. On patrzył na mamę, na mamine ręce. I Maszka też popatrzyła. I jakby pierwszy raz je zobaczyła. Ręce mamy były spracowane, szorstkie – nawet stąd widać. Zaczerwienione.
I Maszka z jakiegoś powodu przypomniała sobie, jak mama tymi rękami bandażowała jej rozbite kolanko, i robiła Nasti wspaniałe uczesanie, i głaskała po głowie maleńkiego Nikitę, który zachorował i szyła Saszce do przedszkola nowy garnitur, i stawiała przed tatą talerz, kiedy przychodził zmęczony z pracy.
I czemuś-to Maszka cichutko spełzła z krzesła, przeszła dookoła stołu długą-długą drogę, obok wszystkich swoich pięciu braci i sióstr. I położyła przed mamą piękne-najpiękniejsze rękawiczki, i zaczerwieniła się. I szepnęła:
- Wszystkiego najlepszego z okazji Bożego Narodzenia, mamusiu.
I mamina ręka natychmiast pogłaskała Maszkę po warkoczykach, a wszyscy dlaczegoś zaklaskali. Nawe maleńki Nikita. Tatuś głośno i wesoło powiedział:
- Wszystkiego najlepszego z okazji Bożego Narodzenia!
I nawet jego wąsy były dumne i szczęśliwe.

Dodatkowe informacje