Gwiazda, prowadząca do Betlejem
W dniu Bożego Narodzenia nikt nie bywa samotny. Nawet najbardziej samotny człowiek nie zostaje sam, bo gdyby on nawet chciał zostać – i tak mu to się nie uda. Dlatego że jeśli opuszczą wszyscy – Bóg nie opuści nigdy.
Padał śnieg. Zwykły puszysty śnieg, który, tańcząc, opuszczał się na wszystko, na co mu tylko się zechciało. Powietrze było nad podziw łagodne i niemroźne, nawet jakieś późnojesienne, i czasami kapał deszcz.
Ta historia wydarzyła się na Wigilię w pewnej niezbyt głuchej wsi, którą mieszkańcy z dumą nazywali miastem. W pewnej rodzinie przygotowywali się do świętowania Bożego Narodzenia. Z szumem, tańcami, telewizją, wyszukanymi pokarmami. Boże Narodzenie w tej rodzinie było tradycją. Taką, o której nikt nic mądrego nie wiedział, ale z przyzwyczajenia przestrzegał.
Ale w tej rodzinie jedna dziewczynka około dwunastoletnia wyróżniała się głęboką wiarą i, oczywiście, ona bardzo chciała spędzić ten Święty wieczór w Bożym chramie. Długo prosiła rodziców, żeby odwieźli ją na nabożeństwo Całonocnego Czuwania, ale rodzina była nieustępliwa. – W nocy strach chodzić – mówiła mama. – Niebezpiecznie. A tata na nas czekać nie będzie, oczywiście. Nie będziesz, Wasia? – kobieta potrzęsła śpiącego męża za ramię. Ten wymamrotał w odpowiedzi coś niezrozumiałego i najwyraźniej nie wróżącego nic dobrego. – O widzisz, zapomnij. – posumowała mama. – Ty grzechów przecież żadnych nie masz, a tak często do cerkwi biegasz. Nie na dobre to, kochana, nie na dobre!
- Co ty mówisz, mamusiu! – wykrzyknęła zdenerwowana dziewczynka i cicho westchnęła. – Oj, tu mi się nie sprzeciwiaj, nie można. Idź, oto, zjedz cokolwiek smacznego, uspokój duszę – powiedziała mama. Ale dziewczynka nie jadła. Był post, a po drugie – nie chciało się. W oczach mimowolnie zakręciły się łzy, a wewnątrz gorzko ścisnęło się serce. Dziewczynka zamknęła drzwi do swego pokoju i klęknęła przed ikonami. Spokojnym, równym bursztynowym światłem płonęła łampada, jak węgielek, jak iskierka, jak gwiazda, wskazująca drogę pastuszkom, którzy przyszli pokłonić się narodzonemu Zbawicielowi świata. – Boże – wyszeptała dziewczynka, skłoniwszy głowę przed obliczem Chrystusa – Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że ja Ciebie kocham. Ale nie mogę przyjść dziś do Ciebie, w dniu Twoich Narodzin ja zostaję tu, sama. Nie będę mogła śpiewać Tobie pochwalnych pieśni i nie będę mogła przyjąć Świętego Ciała i Świętej Krwi Twojej dla Życia wiecznego. Zmiłuj się nade mną, Panie i pomóż mi nie upaść duchem, ale za wszystko, za wszystko dziękować Tobie. Przebacz nam Panie!
Dziewczynka pobożnie przeżegnała się i ucałowała róg ikony. Przypomniało się jej, jak miesiąc temu z innymi dziećmi z niedzielnej szkoły uczyła się sticher i przygotowywała bożonarodzeniowe scenki, jak wewnętrznie się radowała, że wkrótce nadejdzie czas Spotkania. Cały ten trudny rok ona chciała, żeby Bóg radował się, patrząc na nią, i najmniej ze wszystkiego na świecie chciała uczynić Mu przykrość. A ona bardzo często sprawiała mu przykrość, jak teraz przypomniała dziewczynka. Zaczął ją nagle palić wstyd z powodu wielu tego, co powiedziała, zrobiła, i nawet nie zrobiła. Teraz odkrywała się jej gorzka i wyraźna prawda: ona nie jest godna w ten Święty wieczór być z tymi, którzy przygotowali się duchowo i cieleśnie do spotkania z Panem. „To kara dla mnie” – pomyślała dziewczynka. „Należne według uczynków moich przyjmuję” – przypomniały się jej słowa rozbójnika, ukrzyżowanego po prawej stronie Chrystusa. – Zmiłuj się nade mną, Boże mój! I wspomnij mnie w Królestwie Twoim! – z bólem w sercu wyrwały się z piersi słowa, i ona nie poznała swego głosu. On zadrżał, jak nadszarpnięta struna i, zabrzmiawszy minorowym trelem w powietrzu, rozpłynął się.
Z salonu rozległ się głos mamy, która zapraszała rodzinę do świątecznego stołu. Ale dziewczynka nie usłyszała go. Ona otworzyła okno, i mroźne powietrze wdarło się do dobrze ogrzanego pokoju. Po ciele przebiegło przyjemne drżenie. Dziewczynka wystawiła twarz na zimowy wiatr i wzniosła oczy ku niebu. Zza szarych chmur, jak zagon zwisających nad śnieżnobiałą ziemią, błyszczała gwiazda, jasna, wspaniała, wielka, dosłownie jak perła z dna oceanu. I w tej gwieździe dziewczynka widziała Betlejem, w którym dwa tysiące lat temu zjawił się na świat Chrystus, żeby oświecić i uświęcić wszystko Swoją Boską obecnością. On rodził się, być może, właśnie w tej chwili… Maleńki Jezus, Syn Boży. Dziewczynka widziała Go w chlewie, gdzie zwykle trzymano owce, na rękach u Przenajświętszej Panny Marii.
Nagle nieoczekiwana myśl przemknęła w jej głowie: „A czy nie zimno Mu tego wieczoru?” Nie. Nie zimno Mu, przecież w Betlejem noce są ciepłe. Dziewczynka nigdy tam nie była, i nawet nie wyjeżdżała poza swoją wieś, ale coś jej mówiło: w Betlejem, na pewno, ciepłe noce. I jej teraz też nie było zimno, mimo tego, że mroźne powietrze kłuło ją w poczerwieniałe policzki a wiatr opalał twarz, i ręce zimnym tchnieniem. Nie było jej zimno, ani trochę. Ona patrzyła na gwiazdę, nie odrywając oczu, z zastygniętymi w nich łzami, i wydawało się jej, że teraz razem z pastuchami idzie pokłonić się Zbawicielowi Świata do Betlejem. Nie miała darów dla Niego: ani złota, ani kadzidła, ani mirry – miała tylko maleńkie gorące jak węgielek serce, i ona z wiarą niosła je do Niego.
Dziewczynka już chciała zamknąć okno, jak nagle zobaczyła ludzi, przechodzących całkiem blisko obok jej domu. Oni, widocznie, wracali z cerkwi. – Wszystkiego dobrego z okazji Bożego Narodzenia! – krzyknęła dziewczynka, niewypowiedzianie uradowana z powodu tych białych chustek i triumfujących twarzy, oświetlonych światłem niezwykłej lampy. – Wszystkiego dobrego z okazji Narodzenia Pana naszego! – odkrzyknęli chórem tamci.
Jeden człowiek, który pojawił się zza zakrętu później niż inni, zwolnił kroku, zatrzymał się przed otwartym oknem dziewczynki i popatrzył w jej speszoną trochę twarz, na której lśniły wielkie jak księżyc szare oczy. – Pozdrawiam z okazji Bożego Narodzenia, kochana i z okazji przyjęcia Świętych Darów Chrystusowych! – Ale ja… – zmieszała się dziewczynka, zrozumiawszy, że przechodzeń pomylił ją z kimś. – Niech nie niepokoi się serce twoje! – ciepło przemówił podróżnik, z opaloną jak u południowca twarzą i gęstą czarną brodą. – Ja przekazałem twój ukłon Zbawicielowi i zaniosłem Mu twój dar. Teraz wracam do domu. Wszystkiego najlepszego z okazji Bożego Narodzenia! Lekki uśmiech olśnił jego oblicze, i on poszedł w ślad za gwiazdą, która oświetlała jego drogę. Skrzypienie butów, szelest gałęzi i lekki szum osypującego się z nich śniegu… Cisza. I dziewczynka z jakiegoś powodu z pewnością mogła powiedzieć, że ten podróżnik wracał do domu, do Betlejem, niosąc ze sobą radosną wieść o narodzonym Zbawicielu świata.
Iwanowa Christina









