Miejsce spotkania z Bogiem
Łatwo jest się w życiu zagalopować, zapędzić tak, że nie mamy czasu się podrapać, wyspać, spokojnie zjeść śniadanie nie zaglądając w ekrany... a co dopiero pomodlić. Nawet kiedy nasze życie polega w dużej mierze na służbie Bogu i Kościołowi, uważajmy, aby nic nie działo się w nim kosztem osobistej relacji z Bogiem, aby nic nie odciągało nas od miejsca spotkania z Bogiem.
Specjalnie używam tych określeń, ponieważ nie wystarczy się modlić, aby nasze życie było pełne mocy Ducha Świętego i żebyśmy wiedzieli co mamy czynić. Faryzeusze też się dużo modlili i pościli, ale robili to na pokaz. Nie mieli żywej relacji z Bogiem. Traktowali modlitwę raczej jako jako obowiązek narzucony przez Prawo i tradycję narodową, niż spotkanie z żywym miłującym ich Bogiem. Nie widzieli nawet, że mogą wejść z Panem Bogiem w większą bliskość, ponieważ panowało wtedy wśród Izraelitów przekonanie, że kto ujrzy Boga, nie może dalej żyć, tak bardzo jest On święty.
Jezus przyszedł na świat, aby objawić ludziom Ojca i nauczyć ich budowania relacji z Nim. To był jego główny cel, byśmy wiedzieli kim jest Bóg, jak bardzo nas kocha i jak się mamy modlić, aby Go spotkać, aby On mógł nas dotknąć i odmienić nasze życie. Nie wiemy jak modlił się na co dzień Pan Jezus. Teksty Ewangelii milczą w tym temacie, co może sugerować, że każdy z nas samodzielnie przebyć tę drogę - poznać Pana, nauczyć się z Nim rozmawiać i słuchać Jego głosu.
Nie wiemy jak modlił się nasz Mistrz, ale wiemy, że Jego życie i posługa wynikały wprost z miejsca spotkania z Ojcem o kręciły się wokół modlitwy. Co chwilę czytamy, jak Pan Jezus udawał się na miejsce ustronne albo wdrapywał się samotnie na górę, aby się modlić. Nieraz spędzał tam całe noce, a potem schodził i działy się wokół Niego cuda. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że On nie tyle modlił się za ludzi, tylko żył nieustannie w takiej bliskości z Ojcem, że gdzie On był, tam był i Ojciec i to co Ojciec wypowiadał, to się działo przez ręce Jezusa. Gdy Ten wypowiadał słowo, demony uciekały, choroby znikały, ludzie powstawali z martwych, nawet natura Go słuchała. To nie były nie wiadomo jakie modlitwy. Pan Jezus mówił i to się po prostu działo.
My zaś tak często jesteśmy zmęczeni. Tyle się modlimy, potem opadamy z sił, zniechęcamy się i się nie modlimy, ale nadal nie widzimy większych owoców, nie widzimy działania Boga w naszym życiu. Okresowo może bywa lepiej, ale generalnie nie żyjemy na takim poziomie jak Apostołowie, choć przecież jesteśmy do tego zaproszeni i nosimy w sobie tego samego Ducha, którego oni otrzymali. Nie daje mi to spokoju. Dlaczego tak się dzieje? W czym tkwi tajemnica mocy pierwotnego Kościoła? Dlaczego Pan Bóg tak wiele do niego mówił, tak wiele się wtedy działo, a my zadowalamy się pojedynczymi uzdrowieniami i może jakimś jednym świadectwem raz na jakiś czas? Czy Pan Bóg przestał działać?
Nie przestał. Może to my się źle modlimy? Sam dostrzegam kilka głównych przyczyn takiego stanu rzeczy. Po pierwsze nauczyliśmy się bardzo spłycać modlitwę. Przez wieki Kościół rozwinął przebogate formy liturgii i pięknych modlitw pacierzowych, ale zdaje się przestał uczyć budowania żywej relacji z Bogiem, w której jest także miejsce na emocje, spontaniczność i przede wszystkiem na indywidualność w wyrażaniu swoich myśli o pragnień przed Bogiem. Ludzie znają modlitwy, ale nie potrafią się modlić, to znaczy rozmawiać z Bogiem.
Wiele ostatnio myślę o spontaniczności w naszej relacji z Bogiem. Czy jest niezbędna? Czy w ogóle coś zmienia? Czy można powiedzieć, że modlitwa serca jest lepsza od pacierzowej regułki? Nie wiem. Nie potrafię powiedzieć i nie chcę niczego oceniać ani przeceniać, ale wydaje mi się, że w modlitwie nie tyle ważna jest forma, co szczere i prawdziwe serce. Pan Bóg zawsze patrzy na serce. Możesz więc nie znać ani jednego tekstu modlitwy, nawet nie znać za bardzo Pisma Świętego, a jednak tak bardzo kochać Boga i mieć z Nim tak bliską relację, że to widać słychać i czuć. Przykłady? Słyszeliście o Małej Arabce?
Ta niezwykła dziewczyna przyszła na świat w 1846 roku jako trzynaste dziecko w rodzinie katolików arabskiego pochodzenia. Nigdy nie nauczyła się czytać ani pisać, a mimo to poświęciła całe swoje życie Bogu i oglądała niezwykłe rzeczy. Jej życie było pełne niezwykłych Boskich interwencji, kilkukrotnie została cudownie uratowana od śmierci i uzdrowiona. Ta prosta dziewczyna była mistyczką, to znaczy miała bardzo bliską duchową więź z Bogiem. Jak widać nie trzeba być uczonym, aby taką relację z Nim zbudować.
Modlitwy, które po sobie zostawiła są niezwykłe i bardzo głębokie, a teraz wydaje mi się, że nie ma większego sensu bezrefleksyjne powtarzanie ich, jeżeli sami nie żyjemy w takiej bliskości z Bogiem. Możemy się nimi zachwycić i mówić Bogu piękne słówka, ale czy to będzie Szczery? Czy to będzie nasze? Czy my w ogóle dorastamy do takiej modlitwy? Pan Bóg szuka ludzi, którzy nikogo przed Nim nie udają. Ludzi, którzy są sobą, którzy mówią jak jest. Szuka ludzi, którzy nie boją się stanąć przed Nim wprawdzie takimi, jakimi są, bez ukrywania i upiększenia niczego.
Dobrze jest inspirować się świętymi, ale wydaje mi się, że ważniejsze jest życie na takim poziomie, na jakim oni żyli, niż próbowanie naśladowania ich z pominięciem nawiązanie osobistej, indywidualnej relacji z panem bogiem. Jeżeli zastosujemy ich metody, nie mając fundamentu relacji, ani do niczego nie dojdziemy, ani nie zbliżymy się zbytnio do Boga. Pobożność nie może być pozbawiona podstaw.
Tak na dobrą sprawę nikt nie powie nam dokładnie jak mamy nawiązać naszą osobistą relację z Bogiem. Ona będzie prawdziwa tylko wtedy, gdy będzie naprawdę nasza. Trzeba nauczyć się spędzać z Bogiem czas, tracić go, szukać, pukać, wołać, czekać - na Jego Obecność, na odpowiedzi, na owoce. Są różne szkoły jak można przejść tę drogę, ale większość z nich daje nam tylko pewne narzędzia i formy, które mogą nam pomóc. One nie zastąpią pragnienia serca, nie zastąpią naszego osobistego wkładu w tę relację.
Osobiście uważam, że nie ma modlitw skutecznych i nieskutecznych, mocnych i słabych. Są modlitwy prawdziwe albo nieprawdziwe. Te pierwsze są skuteczne i mocne, ponieważ Bóg przyznaje się do tego, co prawdziwe. Modlitwy mogą być też głębokie albo płytkie. Zazwyczaj to te pierwsze są skuteczne, to one nas zmieniają. Ale najważniejsze jest to, żebyśmy w ogóle mieli czas się modlić. Nawet jeżeli nie możemy poświęcić na taką modlitwę zbyt wiele czasu, każda chwila spędzona z Bogiem jest bezcenna i może przybliżyć nas do Boga.
Pamiętaj, liczy się serce. Pan Bóg widząc u jednego godziny zewnętrznie poprawnych i pięknie wyartykułowanych modlitwę, w których nie ma serca a z drugiej strony widząc nasze nieudolne, acz szczere próby dyktowane potrzebą serca i pragnieniem spotkania, będzie odpowiadał z mocą tam, gdzie odzywa się serce. Nie bez przyczyny niezwykłe rzeczy i przełomy stawały się udziałem przyjaciół Boga, czyli ludzi żyjących blisko Niego, choć nie idealnych, a nie obłudników, o których tak często mówił Jezus właśnie w kontekście modlitwy, postu i życia Słowem Bożym.
Inwestuj w modlitwę, ale inwestuj w nią mądrze. Nie chodzi o to, żebyś długo się modlił, tylko żebyś długo przebywał z Bogiem. Nie chodzi o to, żebyś mógł powiedzieć wszystko, co On już i tak wie, tylko żebyś miał czas usłyszeć to wszystko, co On chce tobie powiedzieć, a czego jeszcze o Nim nie wiesz. Nie chodzi o to żeby to było piękne, ale żeby było twoje i nie dlatego, że wydaje ci się, że powinieneś, tylko dlatego, że chcesz. Taka niech będzie nasza modlitwa!
Jeżeli zauważasz w swoim życiu coraz więcej stresu, widzisz coraz mniej Bożego działania, masz coraz mniej pokoju, nie wiesz co masz robić ani którędy iść albo przestajesz widzieć sens w tym, co robisz, jeżeli czujesz się zmęczony i wypalony – wróć do miejsca spotkania. Nie do modlitwy, tylko do miejsca spotkania z Bogiem. To jest ogromna różnica!









